Rozpoczęcie nauki języka chińskiego zdaje się być przedsięwzięciem karkołomnym. To wyzwanie, które większość osób przyprawia o mniej lub bardziej udawany zawrót głowy, a nawet teatralne westchnienia. Są jednak ludzie z genem przygody, którzy nie boją się spojrzeć w oczy smoka…

Śmiałkowie ci, jakkolwiek budzący podziw otoczenia, niestety często swoją przygodę z chińskim kończą na poznaniu kilku znaków i nauczeniu się na pamięć podstawowych zwrotów. Zapał wygasa w nich bardzo szybko – kiedy tylko zdołają omieść wzrokiem to, z czym przyjdzie im się zmagać. I nie będę kruszyć kopii w obronie języka, który przecież większości chińskich trzylatków nie sprawia żadnego problemu, bo to właśnie w jego obcości dla nas tkwi cały szkopuł.

Dla tych dzielnych, tych odważnych, którzy pragną zmierzyć się z olbrzymem i nauczyć się języka chińskiego są dwie dobre wiadomości, dwie niespodzianki. Jedną niewątpliwie jest cudownie logiczna, pragmatyczna i bodaj maksymalnie uproszczona gramatyka, a wręcz jej brak w klasycznym rozumieniu (brak deklinacji, koniugacji, czasów). Druga to trening całego spektrum zdolności kognitywnych. Z badań wynika, jakoby rozumienie chińskiej mowy angażowało oba płaty mózgu, podczas gdy rozumienie angielskiego angażuje tylko lewy płat*. Zawdzięczamy to ponoć temu, że chiński jest językiem tonalnym i wymaga dodatkowej analizy ze strony mózgu. Pismo chińskie z kolei rozwija zdolności motoryczne, wspomaga rozpoznawanie kształtów i liter oraz wizualną interpretację grafiki. A o tym dlaczego jeszcze warto podjąć wyzwanie, innym razem.

 

* Badania Wellcome Trust i dr Sophie Scott, 2003

 

Reklamy